Loża Dyrektora
A przecież mi żal...
Gdy szesnaście lat temu zgłosiłam się do ówczesnego
kierownika naszej szkoły z zamiarem podjęcia pracy jako nauczyciel, przyjrzawszy
się mi
krytycznie stwierdził, że może mi zaofiarować tylko
I klasę szkoły podstawowej, bo w innych sobie pewnie nie poradzę. Nie pomogły
argumenty, że przygotowanie metodyczne mam akurat do starszych grup, zwycieżyła
wiara kierownika, że autorytet, jakim możemy się cieszyć wśród uczniów
jest wprost proporcjonalny do wzrostu . Musiało mi bardzo zależeć na jakiejś
namiastce pracy nauczycielskiej, skoro propozycję przyjęłam. Dziś mogę uczciwie
przyznać, iż był to jedyny rok
w dziewiętnastoletniej historii szkoły, gdzie mieliśmy wyjątkowo kiepskiego
nauczyciela – i to o zgrozo
-w klasie pierwszej! Wymagałam od uczniów za dużo (w moim przedkanadyjskim
życiu uczyłam klasy maturalne), w sumie pojęcie miałam blade,
o tym czego można od takiego dziecka oczekiwać. Najlepszy dowód, iż
przez kilka tygodni tkwiłam w głębokim zachwycie nad umiejętnościami czytania
6-letniego Tomeczka, aż do momentu, kiedy wertując mu kartki elementarza,
zorientowałam się, iż Tomkowi nie robiło różnicy, na której
stronie otworzyłam mu ksiażkę, czytał zawsze ten sam tekst, ten, który
ostatnio zadałam i którego nauczył się od A do Z na pamieć. Doprowadzałam
do ciężkiej desperacji Arturka, który - ilekroć w klasie wykonywaliśmy
jakiś rysunek - zapełniał różnej długości i grubości kreskami wszystkie
wolne kartki w zeszycie, i tylko dlatego, że miał do czynienia
z osobą tak pozbawioną plastycznej wyobraźni jak ja, skazany był ciągle na
tłumaczenie, która kreska jest mamusią, tatusiem, a która młodszą
siostrą.
Nie wiem, czy w ogóle przetrwałabym ten pierwszy rok, gdyby nie fachowe
i duchowe wsparcie Aliny Kapuścińskiej, która nie tylko wiedziała
wszystko, co należało wiedzieć o szkole, uczenie i to z sukcesem takich maleństw
miała już za sobą, ale na dodatek zawsze chętnie służyła radą i pomocą.
Nie wiem również, co zdecydowało o tym,
że
w następnym roku szkolnym kierownik przystał już na przesunięcie mnie do
starszej klasy (skargi rodziców? moje całoroczne utyskiwania?), dość,
że od tego momentu uczyłam najstarsze klasy w szkole i przestałam się czuć
niekompetentna.
Dlaczego nagle to wszystko wspominam? Chyba jak każdy człowiek, który
zamyka kolejny etap swojego życia, potrzebuję dokonać jakiegoś podsumowania,
a może po prostu z belferskiego nawyku piszę wypracowanie, do którego
nieodmiennie zmuszałam uczniów ostatniego kursu licealnego, wypracowanie
na temat: Moje lata w polskiej szkole, cóż mi z nich zostanie? Rozmyślając
nad tym, uświadomiłam sobie, że odpowiedź jest banalnie prosta. Najpiękniejszym
i niezacieralnym wspomnieniem są ludzie, z którymi miałam przez te
lata szczęście pracować. Tak, tak szczęście. Dzięki uczniom (dopóki
uczyłam) miałam złudzenie przedłużającej się młodości, ciekawości świata
jaka właściwa jest tylko dzieciom. Dzięki wspaniałym koleżankom z grona nauczycielskiego
nie tylko ciągle się uczyłam, ale czułam się na właściwym miejscu i miałam
– co najważniejsze – poczucie sensowności tego, co robimy. Później
– już jako kierownik szkoły – mogłam sprawiać wrażenie osoby zorganizowanej
i systematycznej, bo wiedziałam, że mam za sobą darzone pełnym zaufaniem,
sprawnie funkcjonujące grono, które nie tylko powstrzyma mnie przed
popełnieniem kardynalnych błędów, ale jeśli
o czymś zapomnę, przywoła mnie do porządku. Ponadto mając za zastępcę najpierw
Różę Puszko, a później Lidkę Pacak mogłam nie tylko spać spokojnie,
ale miałam ten luksus, że wiedziałam, że w wielu rzeczach zostanę wyręczona.
Miałam równiez to szczęście, że cieszyłam się dużym poparciem rodziców,
co pozwalało regulować wszelkiego typu kwestie w atmosferze partnerskiej
dyskusji. Bardzo ułatwiało to wszystkim nam pracę
i decydowało o przyjaznym klimacie w szkole. Jeśli do tego dodam jeszcze
wszelkie wykonywane społecznie prace przez kolejnych działaczy Komitetu Rodzicielskiego:
przewodniczacych, skarbników, organizatorów zabaw, redaktorów
biuletynu szkolnego, bibliotekarki, koordynatorów ciasteczek, mamy
klasowe itd... zrozumiecie Państwo, że występkiem byłoby narzekać .
Dobrowolnie acz z żalem żegnam się ze szkołą. Toteż, gdy zadajecie mi pytanie,
czy nie będzie mi szkoda, odpowiedź jest jedna: już jest mi szkoda! Zawsze
będę was ciepło wspominać i zawsze będę się czuła związana ze Szkołą Jana
Pawła II. Dziękuję Wam wszystkim gorąco za minione lata współpracy.
Szkołę zostawiam w bardzo dobrych rekach, jeśli zapewnicie Państwo mej następczyni
Lidce Pacak tyle samo zaufania i wsparcia, ile ofiarowaliście mnie, wszystko
będzie lepiej.
Życząc wszystkim słonecznych i radosnych wakacji,
Elżbieta Jędrzejowska
|